637977.1

Miłość nie jest lekarstwem na wszystko. Po seansie „Zanim się pojawiłeś”.

Przy okazji przemyśleń po seansie filmu „Gwiazd naszych wina” poruszyłam wątek pewnego schematu. Jeśli macie na liczniku trochę filmów to z pewnością zauważyliście, że to dziewczyna jest częściej tą chorą i umierającą, a chłopak niesie jej radość i miłość. Adaptacja powieści Johna Greena wprowadzało pewną równowagę, ponieważ oboje są ciężko chorzy. Jednak trzeba było się wysilić by znaleźć trochę tytułów będących odwrotnością, gdzie ona będzie tą iskierką. Dlatego nie mogłam nie zwrócić uwagi na „Zanim się pojawiłeś” Thei Sharrock, gdzie sparaliżowany Sam Claflin uśmiecha się do słodkiej Emilii Clarke. Nim się obejrzałam, nie mogłam się doczekać seansu. Zwyczajnie potrzebuję takich filmów przy których choć trochę się wzruszę. Czytaj dalej

uid_9271d91cddf0677e777cd027fff2a4c11445254601098_width_613_play_0_pos_0_gs_0_height_344 (1)

Jednak nie #WSZYSTKOGRA

Wprawdzie polskie kino nie jest zainteresowane widzami takimi jak ja, ale to nie znaczy, że ta niechęć będzie odwzajemniona. Z jakiegoś powodu zainteresowałam się nowym filmem Agnieszki Glińskiej mimo nie najlepszej reklamy w postaci klipu do piosenki „Ale wkoło jest wesoło”. Polski film muzyczny to rzadkość, że sam w sobie musi wzbudzić zainteresowanie – przynajmniej moje. Jeśli dodać do tego nazwiska zasilające obsadę oraz listę wykorzystanych i zaśpiewanych na nowo przebojów, zwyczajnie chce się zaspokoić ludzką, niepokorną ciekawość. Po seansie mogłam bez cienia wątpliwości stwierdzić, że to był bardzo zły film. Czytaj dalej

musk301_00245

The Musketeers 3×01 „Spoils of war”

Dałam ciała i nie zamierzam się z tym kryć. Moja sympatia do tego mocno niedoskonałego serialu zaowocowała przegapieniem premierowego odcinka trzeciego i zarazem ostatniego sezonu. Tak moi drodzy – przed nami ostatnia porcja dziesięciu odcinków mocno oryginalnych (szczególnie względem pierwowzoru literackiego) przygód muszkieterów. Skąd to przeoczenie, które zaowocowało bardzo spóźnionym seansem? To jest trudne do wytłumaczenia, bo mimo w miarę regularnego poszukiwania informacji nie natrafiłam na konkretną datę, ale prognozę wyznaczającą koniec maja. Nic to, mleko się rozlało, a serial sam się nie obejrzy. Kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki z czołówki poczułam się jak w domu. Uwielbiam to uczucie. Czytaj dalej

sNxZV8fN9ljBjRtzAsb6

Trudna sztuka konwersacji – garść akapitów o „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”

Widziałam „Człowieka ze stali” i praktycznie nie pozostawiłam na nim suchej nitki. Od tamtego momentu nie zdecydowałam się na powtórkę, bo film okazał się zbyt dużym rozczarowaniem. Jednak wiedziałam, że kolejne filmy z DC Extended Universe mnie nie ominą, nawet jeśli z zapowiedzi będzie wiała groza i sromota. W przypadku „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” tak właśnie było – przeczuwałam, że to się nie uda, ale w ostatecznym rozrachunku było mi to obojętne. To był jeden z filmów, które musiałam odhaczyć z popkulturowego obowiązku, ponieważ stanowi element większej całości. Wiedziałam na co idę, miałam z tyłu głowy miażdżące głosy krytyki, ale nie pozbawiłam się nadziei, że może będzie lepiej. Nie było, ale w tej marnej materii można wyłapać kilka jasnych punktów. Czytaj dalej

w1jSDsqsqzc.market_maxres

Nie jest łatwo stać po właściwej stronie w świecie fantasy – o pierwszym sezonie „The Shannara Chronicles”

Może na tym blogu nie da się tego zbytnio zauważyć, ale lubię seriale wypuszczane przez stację MTV. W oczach wielu jest synonimem zejścia na psy i sięgnięcia dna i metrów mułu, ale w sekcji serialowej jest dokładnie odwrotnie. Od czasów „Teen Wolfa” dostajemy solidne produkcje skierowane do młodzieży. Nawet jeśli w późniejszych odsłonach tak nie zachwycają, to na początku określam je jako produkcje godne uwagi. Nie mogłam przegapić kolejnego dziecka tej stacji – „The Shannara Chronicles” od Alfreda Cougha i Milesa Millara. Adaptacja serii książek Terry’ego Brooksa, które doczekały się polskich wydań, w pierwszym sezonie doczekało się 10 odcinków. Czytaj dalej

lucy-peanuts-thumb

[Kinogadanie] Chodź, pokażę ci prawdziwą kulturę, matole.

Zwierz popkulturalny zrecenzował pewną książkę. Wiedząc, że niechęć do autorki owej publikacji jest do udowodnienia, to jedynym wyjściem jest profesjonalizm. Dlaczego blogerka w ogóle sięgnęła po tamtą książkę? Głównym motywem jest temat – to był subiektywny przewodnik po filmach zagranicznych. Przyznaję, że brałam pod uwagę zakup, ale Zwierz szczególnie mocno wyłuszczył jedną z największych wad – bezpardonowe obrażanie osób, które nie zapoznały się z jakimś tam kultowym dziełem. Po chwili zaczęły mnie zalewać wspomnienia tych wszystkich przejawów pogardy dla ludzi, którzy nie kroczą tą samą chwalebną ścieżką. Czy to przy okazji przewagi „Planety Singli” nad „Deadpoolem” w polskim box office czy innych wpisach wyrażających boleść nad upadkiem kultury zapoczątkowanym przez różnego rodzaju Grażyny i Janusze. Czytaj dalej

deadpool1-gallery-image

Nie jesteś aż taki cool Mr. Deadpool.

Jedną z najbardziej wyczekiwanych premier kinowych, a szczególnie tych bazujących na oryginale komiksowym jest „Deadpool” Tima Millera. Patrząc na dorobek reżysera można przecierać oczy ze zdumienia, ale jak się nieco wgłębi w temat filmu to poszczególne elementy składają się w całkiem logiczną całość. Jedyną twarzą filmu jest Ryan Reynolds, który tak wczuł się w postać Wade Wilsona aka Deadpool, że można snuć fantastyczne teorie, że właśnie na Kanadyjczyku oparto tę postać. Reynolds równa się Deadpool, co ma swoje dobre i złe strony. Jak wiadomo, kwestie Deadpoola w kaszaniastym „X-Men: Geneza Wolverine”, były w dużej mierze autorstwa samego aktora. Reynolds aktywnie podszedł do procesu produkcji omawianego filu. Dostaliśmy właśnie taki radosny twór, ale im bliżej napisów końcowych to jakoś nie byłam w stanie przed samą sobą ukryć rozczarowania. Przecież byłam dobrym targetem dla tego filmu. Czytaj dalej